Przejdź do treści
juz-ide.pl blog
Wróć

Tydzień, w którym zaplecze zaczęło mówić

Paweł G.
6 min czytania
Tydzień, w którym zaplecze zaczęło mówić
Meta Zespół one-system

Pod koniec maja usiadłem przed kalendarzem ostatnich tygodni i zacząłem zaznaczać czerwoną kreską dni, w które coś opuściło repo i poszło dalej. Po piętnastu minutach miałem zaznaczonych sześć dni w ciągu dwóch tygodni — więcej niż przez całe poprzednie pół roku razem.

To nie był zbieg okoliczności. Ale to też nie była zaplanowana kampania. To było coś trzeciego, o czym chciałem dziś napisać.

Czym jest „mówienie”, którego wcześniej nie było

Przez pół roku pracowałem w trybie, który ma swoje uroki i swoje koszty. Urok: nikt mi nie patrzy na ręce, więc mogę przerabiać produkt trzy razy, zanim ktokolwiek go zobaczy. Koszt: zaczynam mylić „skończone” z „udostępnione”. To są dwie zupełnie różne rzeczy.

Biblioteka DDD, której używam jako fundamentu obu produktów, była „skończona” do publicznego wyjścia jeszcze w lutym. Hard-cutoverem przeniosłem ją do publicznego rejestru pakietów. Trzy linijki w manifeście. Z perspektywy jakiejkolwiek innej firmy — formalność. Dla mnie — moment, w którym ktoś inny niż ja może w ogóle do niej zajrzeć. Cztery miesiące różnicy między „działa” a „możesz tego dotknąć”.

Dokument-deklaracja drugiego produktu — ten, który mówi „to nie jest narzędzie do śledzenia grantów, tylko system operacyjny finansów dla polskich firm IT” — istniał w mojej głowie od kwietnia. Spisywanie zajęło mi jedno popołudnie. Cztery tygodnie czekał na to popołudnie, bo z mojej perspektywy „już wiem, czym to jest”. Inni — nie wiedzą, dopóki nie napiszesz.

Splash w aplikacji wyświetlał stare imię produktu, którego od dawna nie używam. To, że nikt go nie widział oprócz mnie, nie zmienia faktu, że przez tygodnie aplikacja mówiła sama do siebie nieaktualną prawdę.

Każda z tych rzeczy w izolacji jest banalna. Wszystkie naraz, w jednym oknie czasowym, dały mi do myślenia, czego jeszcze nie wyciągnąłem spod stołu.

Inny adresat każdej z nich

Druga rzecz, która stała się dla mnie jasna dopiero przy spisywaniu — żadne dwie z tych sześciu rzeczy nie miały tego samego odbiorcy.

Biblioteka wyszła do innych deweloperów. Niewielu — ale to są ludzie, którzy mogą zbudować swoje produkty na moich wzorcach DDD. Niezwiązani z juz-ide w żaden inny sposób.

Dokument-deklaracja drugiego produktu trafia do jego przyszłych klientów — polskich firm IT, które rozliczają granty albo płacą ludziom za różne typy pracy w różnych projektach. Inny rynek, inny język niż sąsiedztwo.

Splash aplikacji mówi do przyszłych użytkowników — tych, którzy kiedyś otworzą juz-ide. Z perspektywy każdego z nich, splash jest pierwszą sekundą kontaktu z produktem. Wcześniej był nieaktualny. Teraz jest tym, czym powinien.

Post o bocie był skierowany do czytelników tego bloga — innych solo founderów i ludzi, którzy patrzą, jak rozkładam pracę między siebie a AI. Bot zaczął istnieć publicznie w momencie, w którym o nim napisałem.

Sam bot z kolei zaczął coś robić dla mnie — co brzmi banalnie, ale do tego momentu robił dla mnie tylko obserwacje. Teraz zostawia ślady w drugim produkcie.

A na samym końcu, najwyraźniejszy adresat — mechanizm „członka założyciela” w pierwszych miastach pilotowych. Pierwsze pięćdziesiąt osób w każdej gminie dostaje permanentną odznakę za to, że są w juz-ide zanim ktokolwiek inny jest. To jest pierwsze miejsce, w którym do produktu zaczyna się sięgać po konkretnych ludzi spoza mnie.

Sześć rzeczy, sześć adresatów. Nic nie zmienia się tak bardzo, jak przejście od „buduję w pustym pokoju” do „każda część mojej pracy mówi do innego kogoś”.

Czemu zbiegło się w tygodniu

Nie planowałem żadnego „launch week”. Nie było wpisanej do kalendarza strategii „wszystko upubliczniamy w trzeciej dekadzie maja”. Po prostu — sześć równolegle pracujących łuków dochodziło do końca własnymi chronologiami, a publikacja każdego była ostatnim, najtańszym i najczęściej odkładanym krokiem.

Splash mobilny — jeden wieczór roboty, czekał na to wszystko od miesięcy, bo zawsze było „coś pilniejszego”. Dokument-deklaracja drugiego produktu — popołudnie roboty, czekał na popołudnie. Hard-cutover biblioteki do publicznego rejestru — trzy linijki w manifeście, dziesięć minut, czekały na decyzję „dobra, niech już ktoś inny też się może o to obijać”.

Każda z tych rzeczy z osobna była tania. Wszystkie razem czekały na to samo: mentalne przełączenie z trybu „buduję” na tryb „pokazuję”. To jest psychologiczny próg, nie techniczny. I dla foundera-introwertyka (jakim jestem) próg ten jest wyższy niż wszystko inne, co dzieje się w pracy przy produkcie.

Tym, co go wreszcie przesunęło, była — paradoksalnie — jedna z tych sześciu rzeczy. Post o bocie poszedł 21 maja. Nie był wielkim wydarzeniem, ale był pierwszym tekstem od długiego czasu, który publicznie powiedział „buduję X, dla mnie X to znaczy Y, oto pierwsza widoczna część tego”. I gdy raz coś takiego zostawia ślad w sieci, zaczyna się robić nienaturalne nie pokazywać reszty. Reszta poszła w ciągu dni.

Czego ten tydzień mnie nauczył

Najważniejszy wniosek nie dotyczy publikacji. Dotyczy tego, ile w „skończone” zostawiałem niewykonanego, mówiąc sobie, że to „nie istota”.

Każda z sześciu rzeczy z mojej listy była istotą. Biblioteka, której nikt nie widzi, jest biblioteką-zerowym efektem mnożnikowym. Dokument-deklaracja produktu, którego nikt nie czyta, jest tekstem do siebie samego. Splash z nieaktualnym imieniem jest cichym fałszem przy każdym uruchomieniu aplikacji. Bot, który tylko czyta, jest asystentem. Każde z nich miało gotowy, znany koszt publikacji — i każde czekało, aż go zapłacę.

Drugi wniosek, łagodniejszy: dla osób takich jak ja, „pokazywanie” trzeba traktować jak osobne zadanie produktowe, nie jako „epilog skończonego zadania”. Inaczej rozmywa się w „kiedyś”. Następna paczka rzeczy, którą będę kończył w czerwcu, dostaje już osobną kolumnę w tablicy: „gotowe do publikacji, do zrobienia w ciągu tygodnia od zakończenia kodu”.

I trzeci, najcichszy. Pierwszych pięćdziesięciu „członków założycieli” w pilotowym mieście to nie jest moja decyzja techniczna — to jest pierwszy moment w tej całej, kilkumiesięcznej historii, w którym piszę funkcję, której się spodziewam, że ktoś użyje. Nie hipotetycznie. Naprawdę.

I dlatego ten cały, dziwnie nagły tydzień maja, w którym tyle rzeczy naraz zaczęło być na zewnątrz, ma dla mnie zupełnie inny ciężar niż suma sześciu pojedynczych pchnięć git push. To był moment, w którym zaplecze pierwszy raz odwróciło się przodem ku komuś, dla kogo to wszystko jest budowane.



Następny wpis
Bot dostaje ręce. Wirtualny zespół przestaje być metaforą w momencie, gdy ktoś coś zapisze