Ten wpis jest inny niż pozostałe. Nie opisuję decyzji technicznej ani refaktoru. Opisuję dziurę.
Co mówi git
W połowie maja, późnym wieczorem, pojawił się ostatni commit przed przerwą. Jeden plik, jedna linia. Test czy formatter działa poprawnie. Drobiazg.
Potem nic. Przez ~60 dni wykres commitów jest pusty.
Pewnego lipcowego wieczoru — po dwóch miesiącach ciszy — pojawił się jeden gigantyczny commit: 65 plików, ponad 16 tysięcy linii. GitHub Actions, Husky, Makefile, testcontainers, security. Jak gdyby ktoś przez dwa miesiące zbierał energię i wylał ją w jeden dzień.
Co się działo między nimi
Nie wiem — a właściwie: nie powinienem za ciebie wymyślać.
Znam kilka możliwości, które w solo-projekcie prowadzą do takiej ciszy:
Przerwa na przemyślenie modelu. Czasem kod jest najgorszym miejscem na rozwiązanie problemu. Jeśli nie wiesz co budujesz — pisanie kodu to tylko szybsza droga w złym kierunku. Może te dwa miesiące to był czas na papier, rozmowy, kalkulacje.
Praca poza kodem. Startup to nie tylko repo. Badanie rynku, rozmowy z potencjalnymi użytkownikami, kwestie prawne, finanse — żadna z tych rzeczy nie zostawia commita.
Życie. Projekty poboczne istnieją obok życia, nie zamiast niego. Zdarza się.
O tym, co faktycznie działo się tamtego lata, napiszę osobno — kiedy będzie na to właściwy moment.
Czego się boję mówiąc o tym publicznie
Że ktoś to przeczyta i uzna za sygnał, że projekt umarł albo że nie mam dyscypliny. To jeden z powodów, dla których founderzy w build-in-public pokazują tylko aktywne tygodnie.
Ale to niepełny obraz. Prawdziwa historia projektu zawiera też miesiące bez commita. Udawanie, że ich nie było, to forma retuszu — i nic dobrego z tego nie wynika.
Jedno zdanie, które mi zostało
Wykres aktywności GitHub to nie EKG. Płaska linia nie oznacza śmierci projektu.
Dziś — pisząc to z perspektywy — widzę te dwa miesiące jako część historii, nie jako lukę do ukrycia. Nie wiem jeszcze, czy to była dobra przerwa. Ale wiem, że projekt przeżył.